Remote Manifesto - w praktyce

Remote Manifesto - w praktyce

Jak pewnie większość z Was, rozpoczynam drugi tydzień pracy zdalnej.

Praca nie wygląda tak źle z tej perspektywy (szczególnie po przeprowadzce na Podbeskidzie, widoczki z okna są niczego sobie), większość tematów które prowadzimy teraz dla klientów toczą się jak zwykle. Dzieci raz po raz występują jako mistrzowie drugiego planu podczas corpo-telco w Teamsach, Zoomie lub Hangoucie – a dzisiaj Google Classroom doznało przeciążenia i zdalne zajęcia przemieniły się w wojnę żołnierzyków z samolotami origami.

Liczba zakażonych w Polsce, dobiega tysiąca osób. „Na Zachodzie” dziesiątek tysięcy.

W tych okolicznościach przyrody postanowiłem rozpocząć cykl postów nt. pracy i usług zdalnych. Wszystkim dobrze znane (żeby nie powiedzieć wyświechtane) Agile Manifesto odłożę na chwilę na bok. Wolę się przyjrzeć nieco bardziej na czasie – Remote Manifesto. Okraszę je komentarzem opartym o moje doświadczenia w pracy z wieloma zespołami zdalnymi, czy też zdalne prowadzenie szkoleń

 

The Remote Manifesto (https://about.gitlab.com/company/culture/all-remote/guide/)

All-remote work promotes:

1. Hiring and working from all over the world instead of from a central location.

Ostatnie kilka lat, szczególnie w IT (programowanie, DevOps) to rynek zdecydowanie pracownika, bardzo trudno jest pozyskać naprawdę dobrych ludzi do projektów, szczególnie w dużych miastach typu Warszawa, Wrocław, czy Kraków. Sytuacja doczekała się swoich żartów o programistach, którzy wystarczy że oddychają na rozmowie kwalifikacyjnej… A tymczasem, wiele talentów, rozsianych jest po całej Polsce, często na atrakcyjniejszych dla pracodawców stawkach – dlaczego by nie móc z nich skorzystać?

 2. Flexible working hours over set working hours.

Osobiście, nie jest to dla mnie taki czarno-biały temat. Duża jest wartość w możliwości pracy w elastycznym czasie, ale duża jest też w przewidywalności i określonym rytmie, szczególnie gdy pracujemy w zespole. Stąd częsta pokusa o wprowadzanie „core hours”, w których teoretycznie wszyscy są dostępni do kontaktu (np. 10:00 – 15:00, a reszta czasu to właśnie ta elastyczność).

Pamiętam, jak byłem dzieckiem, mój ojciec pracował 6:00 – 14:00 – gdy wracał z pracy, ja miałem już odrobione lekcje, po obiedzie mieliśmy całe popołudnie dla siebie. To były świetne czasy! Oczywiście, to nie jest takie łatwe teraz, szczególnie pracując z zespołami z różnych stref czasowych, niemniej czasem czuję, że zbyt elastyczne godziny pracy, zabijają balans między życiem prywatnym i zawodowym. Pracując z domu dużo trudniej jest wyznaczyć granicę, że jest się już „po pracy”. Gdy ktoś zagai, na którymś z komunikatorów, te 15 min. po „wyjściu z fabryki” – odmówisz? 😉

W czasach epidemii lub narodowej kwarantanny dodatkowym wyzwaniem są zamknięte szkoły i przedszkola, co sprawia, że przy dwójce pracujących rodziców w domu, oraz pociechach niekoniecznie delektujących się zdalnym kursem szachów, mowa o core-hours staje się mocnym nieporozumieniem. Rodzi się jakiś system elastycznej (zmianowej) zwinności, który się chyba jeszcze nie doczekał swojej nazwy 😉

3. Writing down and recording knowledge over verbal explanations.

Firmy coraz częściej tak robią, nawet pracując całkowicie onsite. Wrzucanie notatek, minutek, podjętych decyzji, czy artykułów how-to w utrwalonej formie np. na Confluence, wewnętrzne Wiki, czy chociaż Sharepoint sprawia, że zawsze można wrócić do przebiegu spotkania lub jakiegoś wyjaśnienia w formie utrwalonej – OK, może nie eliminuje to zawsze rozmowy ustnej, ale wstępne zapoznanie się z tematem może ją znacznie usprawnić.

4. Written down processes over on-the-job training.

No i tutaj trzeba znaleźć chyba jakiś dobry kompromis z Agile Manifesto – „Individuals and interactions over processes and tools”.

Nadmiar procesowy może zabić innowacje, czy też pewne pożądane otwarcie się na ryzyko, szczególnie w miejscach, gdzie mamy do czynienia z R&D.

W tym punkcie raczej upewniłbym się, że obecne procesy są wszystkim doskonale znane (bo pracując zdalnie trudniej jest się dopytać co zrobić w danej sytuacji), dbając o to, by przy ich spisywaniu nie przekombinować, nie zakręcić się wokół nieopisanych dotąd przypadków. Zostawmy sobie przestrzeń na zdrowy rozsądek i myślenie.

 5. Public sharing of information over need-to-know access.

Bywa wyzwaniem dla zarządzających firmami niezależnie od modelu operacyjnego. Kłania się temat ogólnej transparencji, kultury organizacyjnej, hierarchii vs samoorganizacja (turkusy, holokracje, itp.) – to temat na oddzielny post.

6. Opening up every document for editing by anyone over top-down control of documents.

Pewnie zależy, co w tych dokumentach mamy. Ale na poziomie pracy zespołowej, zdecydowanie polecam pracę z narzędziami organizującymi zadania typu JIRA/Trello, przestrzeń Confluence/Wiki, oraz zdalna tablica do bazgrania – tutaj coraz większą popularnością cieszy się Miro. Trzeba uważać tylko na eksplozję tworzenia tablic na każdą okazję i „ticketów”. Planowanie i generowanie pomysłów jest łatwe. Egzekucja tego, co tam się znajduje, to ta prawdziwa część pracy.

 7. Asynchronous communication over synchronous communication.

Szczerze: nie do końca wiem, co autor miał tutaj na myśli. Biorąc pod uwagę, że pochodzi to ze stron GitLaba, to pewnie jest to zapożyczenie z technicznych/architektonicznych rozwiązań komunikacji w systemach przełożone na grunt komunikacji zespołowej. Takie branżowe 😉

 8. The results of work over the hours put in.

Pamiętacie tę scenę z “Dnia Świra”? Im bardziej kreatywna praca, tym trudniej ubrać ją w sztywne ramy godzinowe. Czasem jednego dnia siedząc 9h nad „utworem” uzyskujemy gorszy wynik, niż innego dnia spędzając ledwie sześć. A innym razem, odwrotnie – z przyjemnością tworzymy przez 10 godzin, bo akurat jest wena, czujemy że będą z tego „kołacze”, więc szkoda gasić piec 😉

Wydaje się, że wygrywają obecnie te firmy („biznesy”), które stawiają wynik-rezultat (outcome) ponad wysiłek (output).  (wysiłek-praca -> projekt -> produkt -> wynik-cel biznesowy)

Aby to uzyskać na poziomie ogólno firmowym, stosuje się metodykę OKR do zarządzania celami, oraz Impact Mapping przy projektowaniu produktów (lub dostosowując zakres projektów).

 9. Formal communication channels over informal communication channels.

I znów sprawa wydaje się niezbyt oczywista. Ten sam komunikat, w jednej firmie uznany zostanie za bardzo formalny, a w drugiej za zbyt luźny – obawiam się, że rozstrzygnięcia tutaj nie nastąpią 😉

Widziałem firmy, w których jeśli coś „nie jest na mailu” to nie istnieje, oraz firmy, w których email jest totalnie zmarginalizowany na rzecz np. Slacka.

Osobiście uważam, że nie sposób przesyłu komunikatu jest istotny, lecz:

·        timing – komunikacja na czas, nie za szybko, żeby nie palnąć czegoś niepotwierdzonego, nie siać paniki, nie za późno, by nie dawać możliwości narastania firmowym plotkom (nie cierpię plotkarskiego stylu zarządzania w firmach);

·       przejrzystość – jasne komunikowanie przyczyn, alternatyw/opcji z których się rezygnuje;

·       spójny proces podejmowania decyzji (np. stosując consent voting tam gdzie się da) bez zwycięzców i przegranych jak w tradycyjnej demokracji, by budować zaangażowanie i wsparcie, nawet gdy się z czymś początkowo nie zgadzam.

Możliwe jest, by te elementy funkcjonowały dobrze, zarówno w biurze, jak i w trybie całkowicie zdalnym.

 

***

Niektórzy pytają mnie, co ja prywatnie uważam o „całej tej zadymie z koronawirusem”? Słyszy się wiele teorii, od prozaicznego niedogotowanego nietoperza na targu, po spiskowe mistyfikacje i resety gospodarek… Na ten temat wiedzę mam wątłą, ale wydaje mi się, że to jest niezwykły czas testu wszystkiego co znamy: mobilizacji społeczeństw, solidarności Wspólnoty Europejskiej, mechanizmów strefy Schengen, kończąc na weryfikacji popytu na strzyżenie brody we Wrocławiu za 70 pln, czy escape roomów w Bytomiu (nie wiedzieć czemu telewizja publiczna cały czas pokazuje wywiad z właścicielem akurat takiego biznesu).

W mojej branży jest to typowe „disruption” (zakłócenie). Pewnie pojawią się nowe produkty, zmienione usługi, inne formuły współpracy, takie nowe Ubery albo Airbnb (choć to drugie akurat może zniknąć… ;)). Najwięcej szans upatruję w możliwości wyciągnięcia jakichś sensownych wniosków z przymusowej zdalnej edukacji, oraz wstępu do AI w diagnostyce medycyny ogólnej (tzw. internie).

 

Ciekawe, jak będzie się czytało ten tekst za rok. Oby każdy miał okazję do niego wrócić w dobrym zdrowiu!